Przekleństwo „wszystko albo nic”

Ile razy wybierałaś się na siłownię, basen czy fitness, ale uznawałaś, że już nie ma sensu iść, ponieważ nie zdążysz zrobić pełnego treningu? A może chciałaś poćwiczyć w domu, ale po co ćwiczyć w domu, skoro masz tylko pół godziny. Ile razy brałaś do ust kolejne ciastko czy czekoladkę, gdyż uznałaś, że skoro już raz pozwoliłaś sobie na odstępstwo od normy, to nie ma sensu trzymać diety. Czy robienie wszystkiego na 100% jest dla nas rzeczywiście dobre? Czy nie lepiej czasami sobie odpuścić?

Ja niestety jestem, a w zasadzie byłam, doskonałym przykładem osoby, która żyje według zasady „wszystko albo nic”. Kiedy chodziłam na siłownię czy basen, to musiałam tam spędzić przynajmniej dwie godziny. Kiedy chodziłam na jogę, to ćwiczyłam, nie patrząc na swoje ograniczenia. Kiedy jechałam w góry, to musiałam przemierzyć konkretny szlak, zdobyć jakiś szczyt. Nie było tu mowy o jakiejś przyjemności płynącej z kontaktu z naturą, czy po prostu spaceru… Ot takiego, bez większych wyzwań. Ja i wejście na Gubałówkę – no gdzieżby… Poćwiczyć przez 15 minut – po co?

Nauczyć się, jak odpuścić..

W zasadzie samo życie zmusiło mnie do tego, żeby odpuścić. Jedna kontuzja, druga – nauczyły mnie, że pewnych rzeczy po prostu nie jestem w stanie zrobić. Zaczęłam ćwiczyć na tyle, na ile mogłam. Chodziłam na jogę, nie wykonując niektórych asan, co wcześniej wydałoby mi się niedorzecznością – po co ćwiczyć coś, jeśli nie jestem w stanie dać z siebie 100%. Pojechałam w góry i przeszłam Dolinę Kościeliską…. no dobra, przy okazji zaliczyłam jeszcze dwie jaskinie, gdyż zawładnęła mną żądza przygody;), ale generalnie poczyniłam duży postęp w odpuszczaniu sobie. Zrozumiałam, że nie zawsze od razu trzeba zdobywać szczyty – warto zrobić po prostu coś, bez wewnętrznej presji, dla przyjemności, po prostu dla siebie.

Nawet niewielkie działanie może przynieść nam korzyść. Nie zawsze trzeba robić wszystko na 100%. Jeżeli zrobimy coś na 50%, to i tak lepsze to 50% niż nic. Nasze ciało będzie nam wdzięczne nawet za 15 minut porannych ćwiczeń. Każdy czas poświęcony samej sobie zwróci nam się z nawiązką. Nie musimy od razu ćwiczyć z Chodakowską, żeby móc powiedzieć sobie, że troszczymy się o swoje ciało.

Nie od razu Rzym zbudowano

Dbanie o siebie, o swoje zdrowie można zacząć od rzeczy małych, drobnych. Nie trzeba od razu biegać maratonów, ba, jest to wręcz niewskazane. Można zacząć chodzić na spacery po parku, zamienić samochód na rower, wysiąść przystanek wcześniej w drodze do pracy, spróbować choćby kilku minut medytacji, czy zamienić ulubione ciastka na przepyszne owoce, których zwłaszcza teraz mamy olbrzymi wybór. Trzeba nauczyć się odnajdywać w tym przyjemność. Dbanie o siebie, o swoje zdrowie powinno być dla nas przyjemnością.

W każdej drodze ważna jest ścieżka, którą przemierzamy. Cel, pomimo że widoczny, nie powinien być głównym powodem naszych starań.

Może Ci się również spodoba

5 komentarzy

  1. Magda M blog napisał(a):

    Ja mam właśnie zupełnie odwrotnie. Naturalnie przychodzi ki robienie czegoś na 50% jeśli wiem, że nie mam czasu lub nawet ochoty na 100. Oczywiście ma to swoje plusy i minusy 😉

  2. Aneta napisał(a):

    Cała prawda i zgadzam się z Tobą w 100 % 🙂

  3. Michał W. napisał(a):

    Każda, codzienna aktywność fizyczna jest pożądana, w połączeniu ze zbilansowanym planem żywieniowym może zdziałać cuda:)

  4. www.dagmara-rek.pl napisał(a):

    Wszystko w umiarze 🙂 Nigdy nie mam czasu by robić na 100%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *