Rzym, pluskwy i carabinieri..

Zazwyczaj pisząc o podróżach, staram się zawrzeć w tekście jak najwięcej informacji praktycznych, żeby były przydatne dla potencjalnego czytelnika. Tym razem jednak nie będzie o tym, jak kupić bilet, czy ile kosztuje wstęp do Koloseum… Tym razem chcę Wam opowiedzieć o mojej ostatniej podróży z nieco innej perspektywy, a mianowicie – ofiary pluskiew, której ostatnie dwa dni w tym przepięknym mieście wyglądały niejako „dziwnie”.

Szereg pechowych przypadków, które na szczęście wszystkie skończyły się dobrze… No może oprócz okropnego swędzenia i reakcji alergicznej na ugryzienia pewnych czerwonych robaczków, lubujących się w żeńskiej krwi… Mój chłopak wyszedł z tego starcia bez szwanku, a przynajmniej bez żadnego ugryzienia… Najprawdopodobniej, gdyż u niektórych osób ugryzienia są niewidoczne, zaś u innych swędzą i robią się wielkie krosty…

W Rzymie byłam już pięć razy. Jestem zakochana w tym niezwykłym mieście i zawsze wracam tu z wielką radością. Nigdy nie miałam tu problemów z hotelem czy pensjonatem, a wieczne miasto niezmiennie mnie zachwyca.. Każda uliczka coś w sobie kryje. Kiedy wydaje nam się, że wszystko już w tym mieście znamy, trafiamy przez przypadek na kolejny zabytek, kolejne starożytne ruiny czy też kolejny plac z mnóstwem kawiarenek czy restauracji, który urzeka nas swym urokiem i atmosferą włoskiego dolce vita. Kiedy zaś jesteśmy znudzeni miastem (o ile to w ogóle możliwe), możemy wybrać się w okolice Rzymu, które oferują nam szereg atrakcji i niezapomnianych wrażeń.

Z tego względu, że tegoroczny październikowy wyjazd był organizowany przez nas dość późno, nie mieliśmy zbyt dużego wyboru, jeśli chodzi o hotele. Zdecydowaliśmy się na kwaterę prywatną, w świetnej lokalizacji, niedaleko głównego dworca – Termini. Tym razem zaufałam całkowicie mojemu chłopakowi i dałam mu wolną rękę w wyborze zakwaterowania. Pensjonat, na który się zdecydował miał bardzo dobre opinie na jednym z wiodących portali hotelowych. Goście pisali o przemiłej właścicielce, która każdego dnia rozpieszcza gości, przynosząc im owoce do pokoju oraz o domowej atmosferze, która panuje w pensjonacie. W związku z tym – nie było żadnych obaw, a podróż wydawała się świetnie zaplanowana. I rzeczywiście, w Rzymie przywitała nas przemiła właścicielka – z pochodzenia Filipinka, która od razu wspomniała nam, że jesteśmy jej ostatnimi gośćmi, gdyż musi sprzedać mieszkanie, żeby mieć pieniądze na operację męża w Stanach Zjednoczonych. Mąż aktualnie przebywa w szpitalu, a ona chodzi do niego w nocy, żeby przy nim czuwać. Oczywiście bardzo nas zasmuciła ta historia, a serdeczność właścicielki spowodowała, że przymknęliśmy oko na starą i brudną łazienkę, która odstręczała swoim wyglądem. Ludziom miłym wybacza się więcej… Ponadto nasza gospodyni była zachwycona faktem, że jesteśmy z Polski i tak chwaliła za wykształcenie naszych rodaków, że pewnie niejedna osoba choćby z tego powodu poczułaby się połechtana. Okazało się nawet, że jej córka ma męża Polaka…. Ta serdeczność spowodowała, że nawet w momencie, kiedy na moim ciele zaczęły wyskakiwać swędzące plamy, pomyśleliśmy, że to pewnie alergia na mozzarellę… Jadłam bowiem pizzę (jak jej nie jeść, będąc w Rzymie). Moja twarz pokryła się dziwnymi swędzącymi krostami, co spowodowało, że filmy i zdjęcia z Rzymu nie będą zbyt estetyczną pamiątką☹ No ale tak to czasem bywa.. Ryzyko podróżnika. Zresztą w moim przypadku to nie pierwszy raz… Zdarzyło mi się to już w Chorwacji i naszym rodzimym Krakowie… Z kolei w Meksyku do dziś nie wiem, co było przyczyną podobnej wysypki… Być może także pluskwy…

Dziwny splot okoliczności zaczął się pod koniec naszego wyjazdu. Chcąc zrobić odprawę online powrotnego lotu w Wizzarze, moje konto poinformowało mnie, że nie mam nadchodzących lotów. Krew uderzyła mi do głowy i trzęsącymi się rękami próbowałam dzwonić do Wizzaira za ponad 4 zł za minutę, ale telefon nie chciał wybrać numeru. Jak się okazało – dobrze. Lot udało mi się znaleźć w historii, aczkolwiek przez jakieś 15 minut miałam wizję powrotu autobusem albo lotu powrotnego za 1000 zł. Wszystko jednak skończyło się dobrze..

Tego samego dnia, mój chłopak, który nie wierzył w moje pluskwowe teorie, przyuważył małego, czerwonego robaczka, który milusińsko spacerował po jasnej tapicerce starego fotela w naszym rzymskim pokoju. A to był dopiero początek! Kolejnego, łapczywego ludzkiej krwi stworka znaleźliśmy na prześcieradle, a jeszcze jednego – na naszych wydrukowanych odprawach. Nie było już wątpliwości. Moje krosty to nie alergia na mozzarellę (a oskarżyłam moją ukochaną pizzerię). Zaczęła się akcja trzepania i pakowania do worków naszych rzeczy, która trwała ze dwie godziny. Zamiast spacerować po Rzymie wieczorową porą, próbowaliśmy zminimalizować ryzyko przywiezienia do Polski naszych małych, rzymskich szkodników. Najlepsze było to, że nie miałam nawet zamiaru mówić nic właścicielce, bo było mi głupio, bo przecież się tak stara... Zaczęłam myśleć, że może nawet nie wie, że w jej mieszkaniu są pluskwy… Na marginesie, codziennie przynosiła nam owoce, które jadłam… Nie przeszło mi przez myśl, że mogą być nieumyte… no i zaczęło mnie boleć całe podniebienie. Nawet musiałam sobie odmówić pizzy w mojej ukochanej Il Podiście.

Następnego dnia mieliśmy pójść jeszcze rano pochodzić po Rzymie, zachłysnąć się ostatni raz rzymskim klimatem i wrócić o 12 po bagaże. Całe szczęście, że mój chłopak tego dnia był wyjątkowo powolny. Ok. 8:45, kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, zapukała do nas właścicielka. Wcześniej, będąc w naszej okropnej, zewnętrznej łazience, słyszałam jakąś kłótnię na korytarzu... Pomyślałam, że to jakieś konflikty sąsiedzkie, które we Włoszech, ze względu na temperament tego narodu, zdarzają się dość często. Kiedy wróciłam do pokoju, gotowa do ostatniego spaceru po Rzymie, zostałam zaskoczona przez właścicielkę, która już bez typowego dla siebie uśmiechu, powiedziała, że mamy 2 minuty na wyjście z mieszkania ze wszystkimi swoim rzeczami, że ma wielkie problemy i że wie, iż to zrozumiemy, a także że zaraz przyjdzie człowiek, który zabierze stąd wszystkie meble (nomen omen – nie było za bardzo czego zabierać, ale współczuję każdemu, kto zabrałby meble z niespodzianką). Zebranie reszty rzeczy, części jedzenia z lodówki, które wiedzieliśmy już, że pójdzie na zmarnowanie, zajęło nam jakieś 3 minuty. Dzięki pluskwom byliśmy praktycznie całkowicie spakowani. Kiedy otworzyliśmy drzwi wejściowe przed nami stało 5 carabinierów w mundurach i dwóch ludzi ubranych po cywilnemu. Nasza przemiła właścicielka nie była już tak przemiła i próbowała o coś wykłócać się z mundurowymi. Obok niej stał, a w zasadzie ledwo trzymał się na nogach, starszy pan – najprawdopodobniej mąż, który rzekomo był w szpitalu. Carbinieri spojrzeli się na nas ze współczuciem pomieszanym z zażenowaniem.. Nie oglądając się za siebie, wyszliśmy z tego starego, zaniedbanego mieszkania, wiedząc, że już nigdy nie dowiemy się, jaka była prawda. Czy była to egzekucja komornicza, a właścicielka rzeczywiście zapożyczyła się, żeby leczyć męża, a może po prostu nie płaciła podatków, a może jeszcze coś innego… Może należała do filipińskiej mafii – kto wie? Temat pluskiew stał się w tamtym momencie mało ważny…

Poszliśmy na Termini zostawić bagaże w przechowalni. Kiedy po nie wróciliśmy okazało się, że na bagaż czeka się ok. 40 minut, a nasz pociąg na lotnisko odjeżdżał za 20 minut.. Po wielkich nerwach i wizji wracania bez bagażu udało się jakoś dotrzeć do naszego bagażu. Prawie w biegu wskoczyliśmy do naszego pospiesznego pociągu – Leonardo Express, którym nie chciałam wcześniej jechać ze względu na wysoką cenę, a okazało się, że gdyby nie on, to nie zdążylibyśmy na lotnisko. Później co prawda okazało się, że lot mamy opóźniony, ale mimo wszystko trochę nerwów nas to kosztowało.

Jednak mimo pluskiew i innych „przygód” wyjazd okazał się udany i każdemu polecamy wieczne miasto, może tylko nie w tym samym pensjonacie😉 Choć jego już na booking.com nie znajdziecie…

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *